Przyznaję, ta kwarantanna nie działa na mnie dobrze. Nie wiem o co chodzi i dlaczego tak jest, ale nie mogę ostatnio nawet patrzeć na książki. Spadłam z mojej średniej 10 przeczytanych książek w miesiącu do... całej jednej w maju, a mamy 27 dzisiaj. Stąd też moja mniejsza obecność w socjal mediach. Dlatego dziś nie przychodzę do Was z recenzją, dziś przychodzę z wpisem z serii Książka vs Film, a mówić będziemy o "Player One" Ernesta Cline'a. Książkę czytałam i film oglądałam jeszcze w lutym, więc najwyższa pora przedstawić Wam moje przemyślenia zanim całkiem zapomnę co chciałam napisać i co się zdarzyło w powieści, a co w ekranizacji. Obiecuję też wkrótce Was odwiedzić i nadrobić zaległości, ale muszę najpierw rozwiązać problem sprzętowy, bo próbowałam dziś zrobić to trzy razy i za każdym razem mój wierny, stary laptop zawieszał się na amen. Ale to już mój problem, a Was tymczasem zapraszam do lektury.
Uwaga: wpis zawiera spojlery z książki i filmu!


